Moje ulubione alter ego – rozmowa z Krzysztofem Musiałem

Doktorant Akademii Muzycznej w Krakowie, na której wcześniej uzyskał tytuł magistra w dziedzinie instrumentalistyka – organy. Kształcił się również w Państwowej Szkole Muzycznej II stopnia im. Władysława Żeleńskiego oraz Musikhochschule w niemieckiej Lubece. Jest wykładowcą Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi. Brzeskiej publiczności najbardziej znany jest z ról w spektaklach wystawianych w Miejskim Ośrodku Kultury oraz z opracowań muzycznych większości odbywających się tam wydarzeń.




Próbowałem wyliczyć ilu znam Krzysztofów Musiałów. Wyróżniłem pięciu – Krzysztof organista, Krzysztof aktor i wokalista, Krzysztof nauczyciel, Krzysztof muzyk rozrywkowy oraz Krzysztof informatyk stosowany. Kogoś pominąłem?

– Chyba nie, choć do tego ostatniego trochę mniej się przyznaję.

Którego z nich najbardziej lubisz?

– Chyba organistę. W tym kierunku się kształciłem i głównie z tym zajęciem wiążę swoją przyszłość. Wydaje mi się również, że to robię najlepiej. Krzysztof organista jest w stu procentach profesjonalistą, podczas gdy pozostali to poniekąd amatorzy.

Potrafisz w takim razie określić siebie jednym zdaniem?

– To trudne zadanie… Może „człowiek, który nie lubi się nudzić”?

Występowałeś w wielu miejscach, m.in. we Francji, Holandii, Libanie, Niemczech, Rosji i na Litwie…

– Większość tych występów była nagrodami za wysokie miejsca w różnego rodzaju konkursach, niektóre związane były z wyjazdami studenckimi. Wiąże się z nimi wiele ciekawych historii. W Libanie na przykład zamknięto mnie w izolatce na lotnisku, ponieważ organizatorzy nie przygotowali poprawnie wszystkich dokumentów. To było egzotyczne przeżycie. Na ulicach żandarmeria, druty kolczaste, a ja tłumaczę, że przyjechałem grać koncert na organach.

Prywatnie też lubisz podróżować?

– Lubię, ale nie mam do tych podróży ciągu, który nie pozwala mi stać w miejscu. Jestem raczej domatorem.

Pytam, bo często można usłyszeć, że ludzie, którzy nie lubią podróży, nie są otwarci na świat, na ludzi, na nowości… A podróże podobno kształcą.

– Agnieszka Osiecka większość swojego życia spędziła w podróży, mimo to w jednym z wywiadów stwierdziła, że może jedna piąta z nich miała jakikolwiek sens, bo te podróże były jedynie ucieczką od problemów. A przecież od nich nie da się uciec. Jest więc we mnie chęć zwiedzania, poszerzania horyzontów, ale nie ucieczki.

Nawiązując do kształcenia – czego koncertujący organista może nauczyć się, grając jako aktor w spektaklu?

– Przede wszystkim emocjonalnego otwarcia, wyczucia intencji w utworze. Również umiejętności opowiedzenia historii, a nie tylko wygrywania jej. Praca nad spektaklem wymaga emocjonalnego wyczucia postaci. Z muzyką jest podobnie.

Często mówi się o tym, że np. środowisko operowe jest bardzo brutalne. A jaki od kuchni jest świat organistów?

– Jak w życiu – są ludzie, których lubisz bardziej i ludzie, których lubisz mniej. Generalnie doświadczyłem o wiele więcej pozytywnych niż negatywnych emocji. Podobnie jak w innych hermetycznych społecznościach problemem jest monotematyczność. Często rozmawiając z kimś nie mam okazji poznać go jako człowieka, bo potrafi mówić jedynie o organach, koncertach… Nie dotyczy to oczywiście wszystkich – mam wielu przyjaciół, którzy nie są zafiksowani na jednym punkcie.

Czy organista musi być osobą wierzącą?

– Według zapisów organista kościelny powinien być osobą wierzącą i praktykującą. Co do muzyków koncertujących nie ma takich wymagań. Owszem, repertuar organowy jest przesączony treściami religijnymi i wiara z pewnością pomaga w jego interpretacji, ale pamiętajmy, że muzyka jest muzyką a religia religią.

A czego słuchasz na co dzień?

– Chyba wiem do czego zmierzasz, więc wyprzedzę kolejne pytanie – w wolnym czasie rzadko słucham muzyki organowej i symfonicznej. Wolę obcować z nią na koncertach, bo właśnie wtedy najlepiej do mnie trafia. Oczywiście cały czas mam z nią kontakt, podczas prób, przygotowań do występów czy zajęć ze studentami. Na co dzień wybieram musical, rocka czy piosenkę literacką.

Wielu naszych rówieśników próbuje rozpocząć karierę muzyczną, nagrywa płyty… Ciebie to nie kusi?

– Jest to nieuchronne, bo wydanie płyty czeka mnie w związku z moim doktoratem. Bardzo chcę to zrobić i nie planuję poprzestać na tej jednej. Jest dużo utworów bardzo słabo znanych w Polsce i chciałbym przedstawić je szerszej publiczności. Miałem już zresztą epizod z nagraniami.

Twoje życie jest nierozerwalnie związane z Miejskim Ośrodkiem Kultury w Brzesku. Pamiętasz swoje początki w tym miejscu?

– Pamiętam zajęcia z Panią Teresą Szydłowską na pierwszym piętrze dawnego ratusza, fortepian w dużej sali, nawet nasz pierwszy koncert w kinie Bałtyk. Miałem wtedy jakieś siedem lat. Potem Bernadka Woźniak, z którą występowałem w zespole przy parafii Miłosierdzia Bożego poprosiła mnie o akompaniowanie podczas konkursu Talenty Małopolski. I tak to się rozkręciło. Pierwszym dużym występem był koncert z piosenkami Kabaretu Starszych Panów.

Aż do wielkiego wydarzenia, którym było wystawienie Strasznego Dworu Stanisława Moniuszki. To był twój pomysł?

– Nie. To pomysł Eweliny Stępień [obecnej dyrektor MOK – przyp. red.], która marzyła o tym od lat. Obejrzałem nagranie spektaklu z Opery Narodowej i utwierdziłem się w przekonaniu, że jeżeli mamy zrobić coś dużego, musi to być właśnie Straszny Dwór. Próby i warsztaty trwały przez rok. Przedsięwzięcie było bez dwóch zdań karkołomne, ale szczęśliwie udało się doprowadzić wszystko do końca.

Nie umniejszasz swojej roli w tym sukcesie? W dniu premiery powiedziałeś: „nie zrobiłem niczego wielkiego, przepisałem tylko nuty po Moniuszce”.

– Bo to prawda! Przearanżowałem to, co Moniuszko napisał na dużą orkiestrę tak, aby mogła wykonać to orkiestra kameralna. Trochę się napracowałem, ale to Ewelina wykonała główną pracę.

– Jedno wspomnienie związane ze Strasznym Dworem…

– Ulga po premierze. Ulga, że się udało, że nie było wpadek. To było nagłe zejście nieprawdopodobnych emocji, które nawarstwiały się przez długi czas. Teraz z perspektywy czasu jeszcze bardziej doceniam poświęcenie ludzi, którzy razem z nami realizowali to przedsięwzięcie. Nasz szalony pomysł to jedno, ale cała rzesza ludzi, która nam zaufała to drugie.

Gdzie widzisz siebie za 10 lat?

– Nie wiem.

Za pięć?

– Z jednej strony chciałbym robić dalej to co robię, z drugiej strony staram się ukierunkować głównie na organy. Nie potrafię jeszcze wybrać jednej drogi, jednego miejsca…

Co z perspektywy tych dwudziestu lat występowania zrobiłbyś inaczej?

– Na pewno jest dużo takich rzeczy, ale chyba nie mają one większego wpływu na to, gdzie się teraz znajduję. Na pewno nie przekreśliłbym żadnego z przedsięwzięć, koncertów, konkursów. Wszystko było potrzebne.

Rozmawiał Konrad Wójcik

Rozmowa ukazała się w Brzeskim Magazynie Informacyjnym
w numerze styczeń – marzec 2021

Powrót do góry
Skip to content
Ta strona internetowa jest zobowiązana do zapewnienia dostępności cyfrowej dla osób niepełnosprawnych. Stale poprawiamy komfort użytkowania dla wszystkich i stosujemy odpowiednie standardy dostępności. Nieustannie poprawiamy komfort użytkowania dla wszystkich i stosujemy odpowiednie standardy dostępności.
Stan zgodności