W styczniowo-lutowym wydaniu Brzeskiego Magazynu Informacyjnego opublikowaliśmy wyjątkowy wywiad z Danielem „Systemem” Małajowiczem – brzeskim podróżnikiem i pasjonatem odkrywania świata. W rozmowie z Konradem Wójcikiem opowiedział o mongolskich zachodach słońca, białych plamach na mapie oraz o tym, jak podróżowanie wpływa na budowanie relacji z innymi i podtrzymywanie długoletnich przyjaźni.
Tryb superbohatera – rozmowa z Danielem „Systemem” Małajowiczem

Daniel Małajowicz urodził się w Brzesku w 1990 roku. Podstawową edukację odebrał w rodzinnym mieście, później ukończył politologię na Uniwersytecie Rzeszowskim. Jego pasją szybko stało się odkrywanie świata, bo już między 18 a 25 rokiem życia przejechał autostopem ponad 120 tys. kilometrów. Potem przyszła pora na pełnoskalowe wyprawy, często samotne, pełne survivalowych wyzwań. Sam siebie przedstawia dość prosto: „Jeżdżę po świecie od 14 lat. Pokazuję ludziom świat jako przewodnik, a w wolnym czasie gubię się po bezdrożach globu”. Niełatwo umówić się z nim na rozmowę – na ogół przebywa w miejscach, w których stabilne łącze internetowe należy do rzadkości. O spotkaniu na żywo można zapomnieć, bo w Brzesku bywa ostatnio od święta.
Co dziś robiłeś? Dla bezpieczeństwa poproszę o odpowiedź jednym zdaniem
– Spałem w tanim hotelu w Kambodży, zjadłem śniadanie w brytyjskiej knajpce, przejechałem jako kierowca 200 kilometrów indyjskim trzykołowym tuktukiem wzdłuż jeziora Tonle Sap i jestem w Siem Reap, bazie wypadowej do Angkor Wat.
Wygodnie się tym kieruje?
– Bardzo niewygodnie. To jest coś pomiędzy autem a motocyklem. Ma trzy koła i prawie zero amortyzacji. Moja dziewczyna siedząca z tyłu ma więc prawo narzekać. Tuktukiem się nie jeździ dla komfortu, trzeba to brać na zasadzie lokalnego doświadczenia.
O czym myślisz gdy nad mongolskim stepem wstaje słońce?
– Oj rzadko obserwuję wschody słońca. Bardzo nie lubię tego robić. Znaczy obserwować lubię, ale nie znoszę wcześnie wstawać. Jestem raczej osobą, która obserwuje zachody słońca. Możemy w ten sposób zmienić pytanie?
O zachodach miało być na końcu, ale zamieniam się w słuch.
– Mongolskie zachody słońca były dla mnie czasem podsumowania. Wyciągałem składane krzesełko i siedząc w nim popijałem herbatę ziołową oraz sporządzałem notatki, analizując cały dzień. Kolory potrafią być wtedy bajeczne. Nie ma prawie żadnych bodźców zewnętrznych.
Byłeś kiedyś na wakacjach all inclusive z hotelem i basenem?
– Może nie jako klient, ale tak, byłem. Pracowałem w hotelach na wyspach kanaryjskich jako animator. Więc znam ten świat, ale jako turysta go nie doświadczyłem. No dobra, raz w Jordanii spędziłem dwa takie dni. Ale szybko zaczęło mi się nudzić, nie wiedziałem co mam robić.
Potrafisz zrozumieć takich turystów, którzy podczas dwutygodniowych wakacji dziesięć dni spędzają w hotelowym basenie?
– Z mojej perspektywy jest to niewybaczalne, ale ze strony osoby, która przez cały rok ciężko pracuje na etacie, doskonale to rozumiem. W takiej sytuacji nie potrzebujesz przygód czy odkrywania, chcesz po prostu odpocząć i odetchnąć od codzienności. Tylko, że jeżeli i tak planujesz siedzenie w basenie, to nie warto lecieć na Bali czy Zanzibar, bo hotele z basenem są wszędzie.
A co dla ciebie jest tą codziennością?
– Moją codziennością jest podróż, odkrywanie, doświadczanie. Kilka razy usłyszałem coś w stylu „Daniel, spełniasz moje marzenia”. To mile, ale ja tego tak nie traktuję, nie patrzę na innych, realizuję własne cele. Dobrze wiem, że funkcjonuję w całkiem odmiennej rzeczywistości niż reszta społeczeństwa, stąd ta codzienność jest inna. Gdy mówiłem bliskim, że będę jeździł tuktukiem, to oni nie wiedzieli nawet co to jest i nie ma w tym niczego złego. Będąc w Tajlandi zamarzyło mi się tak zwane island live, czyli wyspiarskie życie. Razem z moją dziewczyną wynajmowaliśmy bardzo tanie bungalowy, nurkowaliśmy i na skuterach objeżdżaliśmy Wyspy.

Raczej odbiega to od wspomnianych już wczasów z przewodnikiem i hotelem. Wymaga to dużej odwagi?
– Odwaga jest wtedy, gdy na ulicy ochronisz kogoś kto jest atakowany przez silniejszego. A to, co ja robię jest raczej wyjściem ze strefy komfortu. Bezpieczny dom, dzieci, pewna praca, obiad – to jest bezpieczeństwo. A tutaj musisz z tego bezpieczeństwa zrezygnować. Rozmawiać w obcym języku, funkcjonować w otoczeniu, którego nie znasz. Tego nie doświadczysz będąc w ciepłej, bezpiecznej bańce. Jadąc do Mongolii przekroczyłem wiele takich stref. Wiedziałem, że wybieram się w miejsce, w którym przez przynajmniej półtora miesiąca nie zobaczę żywego człowieka.
Bałeś się?
– Bałem. Bardzo się bałem. Trafiłem na wiele przeciwności, tych logistycznych i tych w swojej głowie. Dopiero teraz, kilka miesięcy po wszystkim to do mnie wraca i widzę ile wniosło do mojego życia.
No właśnie – jak się dogadać nie znając języka?
– Podstawą jest znajomość angielskiego, wystarczy podstawowa. Bardzo pomaga hiszpański, często francuski, ewentualnie rosyjski, ale wiadomo, że przecież nie będziesz uczył się języka specjalnie na wyprawę – mamy XXI wiek, translatory w kilka sekund tłumaczą z każdego języka na każdy. Staram się rzadko ich używać. Wolę gestykulację, uśmiech i kontakt wzrokowy. Jak podchodzę do straganu, pokazuję palcem na brzuch i mówię „am, am” to w zupełności wystarczy (śmiech)! Ludzie bardzo się cieszą, gdy jesteś uprzejmy, nawet jeśli okazujesz to nieporadnie. Nawet nie wiesz ile z takich relacji wynika przygód. Na targu byłeś miły, więc pani częstuje cię owocami, dziękujesz również za te owoce, więc woła swoje dzieci i zaprasza cię na kawę, a na tej kawie pojawia się z kolei jakiś wujek, który zna trochę język i zaprasza cię na tydzień na swoją farmę. Takie rzeczy serio się zdarzają. Bycie miłym i uśmiech to język uniwersalny.
Widziałem na twoim Instagramie film z jaskini mnicha na tajskim wybrzeżu. To prawda, że cały czas są tam jego zwłoki?
– Pod koniec materiału widać taką złotą figurę. To jest ten właśnie mnich. Całkowicie zmumifikowany i pomalowany na złoto.
I tak po prostu sobie tam siedziałeś z tym martwym mnichem?
– Siedziałem beztrosko, bo o tym, że tam w ogóle jest tam jakiś mnich dowiedziałem się dopiero jak stamtąd wyszedłem(śmiech)!
Serio nie ma tam żadnych śladów turystyki?
– Turyści zdarzają się sporadycznie, bo dojście do jaskini jest bardzo trudne. Bez umiejętności wspinaczkowych możliwe jest tylko podczas odpływu. Z kolei mnisi odwiedzają to miejsce, by się pomodlić i zapalić kadzidło. Wiesz, to jest trochę inny świat. To nie jest kultura w której przychodzisz i rozwalasz wszystko wokół, gdy nikt nie patrzy.
Pokazujesz czasem miejsca, wręcz bajecznie piękne, podkreślając, że nie możesz powiedzieć, gdzie dokładnie się one znajdują. Boisz się, że turystyka je zniszczy, że ludzie je zadepczą?
– Pracuję jako przewodnik i zdarza mi się wracać wielokrotnie do różnych miejsc, również tych, które zwiedzałem samotnie jako backpacker (czyli podróżując w pojedynkę, na własną rękę – przyp. red). Pamiętam taką plażę na lofotach w Norwegii. Poznałem ją w 2013 roku i nawet zamieszkałem przez tydzień. Była tam taka chatka między skałami, nietknięta przez nikogo. Wisiały wędki, ozdoby, był kącik do gotowania. Wróciłem w to miejsce jakieś dwa, może trzy lata temu jako przewodnik wycieczki. Byłem zszokowany. Gwar, setki turystów, wybrukowane ścieżki. Tam nie ma już miejsca na taką chatkę. Gdzieś się unosi historia tego miejsca, ale całkiem zadeptana, bez dawnej magii.
Podejrzewam, że tym pytaniem nawiązujesz do jednego z moich ostatnich filmów, na którym pokazywałem plażę w Tajlandii. Przez pięć dni byliśmy w tym miejscu całkowicie sami. Nie chodzi o to, że nie chcę, aby ludzie też tego doświadczyli. Wiem po prostu, że takich plaż nie ma już wiele. Tam jest mała wioska, spokojna społeczność rybacka. Gdy pojawi się turystyka, pojawią się pieniądze białych ludzi, które zaczną niszczyć to miejsce i mentalność mieszkańców. Zaczną powstawać bary, hotele, będą przypływać wielkie jachty. Turystyka to nic innego jak zalewanie pięknych miejsc ludźmi. Mam świadomość, że pokazując jakieś piękne, dziewicze miejsce, jestem za nie współodpowiedzialny, bo w dobie mediów społecznościowych takie informacje naprawdę szybko się rozchodzą.
Można to potraktować bardziej jako zachętę do poszukiwań?
– Dobre określenie. Tym bardziej, że te poszukiwania często nie wymagają dużego wysiłku. Nawet w turystycznych wioskach czy miasteczkach wystarczy udać się kilka uliczek dalej. Tam są lokalsi prowadzący zwykłe życie, nienastawieni na zagranicznych turystów.
Co do poszukiwań – czy na mapach są jeszcze białe plamy?
– Ogrom takich miejsc jest pod wodą. Strefa podwodna jest naprawdę niezbadana. A ponad powierzchnią wody? Może gdzieś są… Żyjemy w czasach, gdy tysiące turystów rocznie przemierza koło podbiegunowe. To już nie są ekstremalne wycieczki. Na Everest ustawia się kolejka. Dziesiątki turystów dziennie. Pewnie nie o to chodzi w twoim pytaniu, ale są jeszcze miejsca, w których nigdy nie było podróżników i turystów. Na przykład należąca do Indii niewielka wyspa na której mieszka dzikie, odizolowane plemię, które jeszcze nigdy nie wpuściło tam nikogo z zewnątrz (najprawdopodobniej chodzi o Sentinel Północny – przyp. red.). Gdzieś w dżungli pewnie też są takie miejsca. Z resztą dżungla to w ogóle inna sprawa.

To znaczy?
– Byłem w amazońskiej dżungli dwa razy. Spodziewałem się, że zastanę tam ludzi ubranych w kolorowe piórka. Tymczasem jest całkowicie inaczej. To miejsce jest zamieszkałe przez setki tysięcy ludzi. Co ciekawe w dżungli prawie nie ma dróg. Komunikacja przebiega po rzece. Płyniesz barkami, łodziami i obserwujesz jak wzdłuż tej rzeki toczy się życie. To są normalnie ubrani ludzie, mają komórki, baterie słoneczne. Nie jacyś indianie z dzidami. Dzikie plemiona też są, ale najczęściej znajdziemy je w rezerwatach chronionych przez państwo lub organizacje pozarządowe. Takie miejsca są dosłownie niszczone przez turystykę. I potem ten dziki człowiek staje się cywilizowanym człowiekiem, który udaje, że jest dziki i zarabia pieniądze na białym człowieku. Dlatego też warto zostawić ich samym sobie, a nie cywilizować na siłę.
Skoro o pieniądzach mowa – ludzie często mówią, że nie mogą pozwolić sobie na takie wyjazdy, bo ich na nie stać. A jak wygląda to u ciebie?
– Przede wszystkim zawodowo pracuję jako przewodnik – pokazuję ludziom świat i z tego można nieźle żyć. Specjalizuję się w Islandii i Norwegii, ale bywam oczywiście w innych krajach. Robię też wyprawy do miejsc w których nigdy nie byłem. Ludzie wtedy odkrywają je razem ze mną. Przygotowuję również plany wycieczek. Często jest tak, że ktoś chce podróżować sam, ale nie wie jak się do tego zabrać. Wtedy można kontaktować się ze mną. No i nie oszukujmy się – nie mam rodziny na utrzymaniu, dzieci, mieszkania które muszę opłacić. Moje jedyne „normalne” wydatki to dwa samochody, które cały czas stoją u mechanika. Całą resztę mogę inwestować w podróże.
Już drugi raz podczas tej rozmowy pokazujesz, że nie jesteś jak internetowy kołcz, który tłumaczy innym jak mają żyć. Ty zdajesz sobie sprawę, że każdy znajduje się w innej sytuacji życiowej.
– Wybrałem takie życie, że… że w pewnym sensie w ogóle nie mam życia – takiego jakie ma większość społeczeństwa. Nie umiem inaczej tego powiedzieć, ale mam nadzieję, że wiesz o co chodzi. To jest świadoma decyzja, wyjście poza ramy społeczne. Inne życie, inne możliwości.
A miałeś taką sytuację, w której twoje życie było zagrożone, albo powiedziałeś sobie „okej, przegiąłem, za dużo brawury”?
– Wiesz, ja żyję hardkorowym życiem i lubię popieprzone akcje. Ukształtowały mnie obozy przetrwania, na które wysyłali mnie rodzice jako dzieciaka. Jeżeli spotykam się z problemami to szybko podejmuję wyzwanie. Nazywam to tzw. „trybem superbohatera”. W krytycznych sytuacjach po prostu przechodzę na ten tryb, wyłączam emocje i bardzo sprawnie działam. Myślę, że w wielu sprawach jestem średniakiem, ale na tym polu jestem graczem wysokiej klasy. Ostatnio pośrodku mongolskiego stepu odkryłem rano, że ktoś ukradł moje konie. Nie było czasu na zastanawianie się co robić, ruszyłem w pogoń w deszczu i błocie.
Dokończ zdanie. Najpiękniejsze co w życiu widziałem to…
– … nocny rejs transatlantycki żaglówką. Widok wzburzonej przez kadłub i rozświetlonej od fluorescencyjnego planktonu wody oraz delfiny pływające wokół łodzi niczym duchy.
Miejsce, które mnie rozczarowało to…
– … Kolumbia. Szukałem natury, a doświadczyłem tam w większości jej zniszczenia i dewastacji przez turystykę.
Miejsce, do którego mógłbym wracać bez przerwy to…
… Islandia. Pierwsze miejsce, które zatrzymało mnie na dłużej
Oprócz podróżowania, moje życie wypełnia…
… udział w organizowaniu społeczności autostopowej, survival i edukacja leśna, zielarstwo, surfskating i… spanie (śmiech).
Za rok o tej porze…
… czekaj, spojrzę w kalendarz. Jak dobrze pójdzie, to za rok będę w Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie.
W Muminkach najbardziej lubiłem…
… (Daniel bez słowa pokazuje Włóczykija wytatuowanego na przedramieniu).

Tak podejrzewałem, że nie będzie to mama muminka. To podróżowanie od zawsze za tobą chodziło?
– Nie planowałem takiego stricte podróżowania. Byłem członkiem społeczności autostopowej i to z tymi ludźmi spędziłem większość dorosłego życia. Więc podróże były jakby naturalną kontynuacją tego co robiłem. Druga strona medalu jest taka, że przez to ciągłe przebywanie „w trasie” w pewnym sensie straciłem moich znajomych w Brzesku.
Bo nigdzie nie zapuściłeś nigdzie korzeni na stałe?
– Gdy bylem dzieckiem często się przeprowadzaliśmy, więc już wtedy ciężko było nazwać mi jakieś miejsce domem. Mieszkaliśmy na Browarnej, na Ogrodowej, potem w ścisłym centrum Brzeska. Teraz moi rodzice mieszkają w Okocimiu. Ja nie mam z tym domem wielu wspomnień, bo byłem już wtedy w Rzeszowie na studiach. Oczywiście jest tam mój dom w takim sensie, że są tam moi bliscy, ale czy zapuściłem korzenie? Chyba nie miałem ku temu okazji. Marzę o tym, by znaleźć się w miejscu, o którym będę mógł powiedzieć, że jest moje.
W drodze ciężko pielęgnować znajomości. Na dystans nie do końca jest to możliwe. W Brzesku mieliśmy super paczkę znajomych. Gdy w 2013 roku wyjechałem na rok, to po powrocie poczułem, że już nie do końca tam pasuję, że ktoś zajął moje miejsce. Nie dlatego, że przestaliśmy się lubić albo ktoś mi wyrządził krzywdę. Po prostu było coraz mniej wspólnych wspomnieć czy sytuacji które nas łączą. To był początek moich problemów z relacjami społecznymi. Moja inność nie pozwalała mi tworzyć więzi. Wiele lat zajęło mi, by nauczyć się, że to nie ja mam problem ze światem, ale świat ma problem ze mną, bo od niego odstaję.
W 2018 roku zapytany czy podróżowanie uzależnia, odpowiedziałeś: „Jestem uzależniony. Mam dwadzieścia siedem lat, powinienem myśleć o założeniu rodziny, a zamiast tego jeżdżę po świecie i nie wiem, gdzie wyląduję jutro”. Aktualne?
– Widzisz? Powiedziałem wtedy POWINIENEM zakładać rodzinę. No właśnie nie wiem czy powinienem. To są te normy społeczne o których rozmawialiśmy. Wszyscy wciąż mówią mi jaki powinienem być. Właśnie dlatego na początku realizowałem te moje pasje na pół gwizdka. Wyjechałem gdzieś na chwilę, potem wracałem po cichutku i szukałem pracy, dziewczyny, odnawiałem więzi z kumplami… Z czasem uświadomiłem sobie, że to nie dla mnie. Nie nadaję się do stałej pracy, nie nadaję się do związków w jakie wtedy wchodziłem. Dopiero gdy zacząłem żyć tak jak chcę, stałem się naprawdę szczęśliwy. Mam wspaniałą dziewczynę i pracę, która jest moim życiem a do tego pomaga spełniać innym ich marzenia.
Na koniec – czego życzysz sobie na nowy rok?
– Tak na cały rok? To strasznie długodystansowe pytanie.
Rok jest długi. Możesz sobie wybrać np. przyszły grudzień.
– Może żeby spędzić trochę więcej czasu z bliskimi mi osobami. Nie tylko w grudniu.
Bo „piękno podroży dostrzegasz dopiero z perspektywy poduszki w rodzinnym domu”?
– Zdecydowanie. Cejrowski powiedział kiedyś, że jak jesteś w Amazonii, to tylko się złościsz, przeklinasz na upał, na wilgoć, na komary. A gdy po powrocie siadasz sobie w domu na fotelu, mówisz „cholera, ale super była ta Amazonia”.
Rozmawiał Konrad Wójcik
Podróże Daniela można śledzić poprzez jego profil na Instagramie: instagram.com/danielmalajowicz/
_______________
Jako uzupełnienie proponujemy materiał, który opublikowaliśmy w wakacje 2018 roku. Wtedy wywiad z Danielem przeprowadził nasz redakcyjny kolega Grzegorz Heród. W tej niezwykle ciekawej rozmowie Daniel opowiada m.in. o autostopie, brawurze i… piratach.


