Pod koniec ubiegłego roku na łamach Brzeskiego Magazynu Informacyjnego opublikowaliśmy dwuczęściową rozmowę z Bartoszem Babiczem. Choć jego przygoda z motorsportem zaczynała się od gokartów, teraz coraz pewniej kieruje swoją przyszłość w stronę profesjonalnych wyścigów samochodowych. Kierowca w rozmowie z Maja Zacharą opowiedział o swoich sportowych początkach, finansowaniu drogiej pasji oraz o mentalnej presji związanej z wyścigami.
„To nie jest tylko jazda na czas” – rozmowa z Bartoszem Babiczem

Bartosz Babicz, młody sportowiec z Brzeska, ma za sobą debiutancki sezon w wyścigach samochodowych, który zakończył z podium na koncie. Choć jego przygoda z motorsportem zaczynała się od gokartów, teraz coraz pewniej kieruje swoją przyszłość w stronę profesjonalnych wyścigów samochodowych. Czy jazda sportowa ma dużo wspólnego z jazdą po drogach? Czy sport samochodowy może być źródłem utrzymania? Jakie wyścigi szczególnie zapadły w pamięć naszemu rozmówcy? Jak wyglądają przygotowania do jazdy oraz jak kierowca rajdowy radzi sobie w codziennej jeździe po miejskich uliczkach? Odpowiedź na te pytanie znajdą państwo poniżej.
Żeby sobie to dobrze poukładać: zaczynałeś od jazdy w kartingu, a dziś ścigasz się już samochodami. Jak wyglądała ta droga? Co sprawiło, że przeszedłeś z gokartów do samochodów?
– Moja przygoda zaczęła się, kiedy miałem cztery lata. Tata zabrał mnie wtedy pierwszy raz na tor w Tarnowie. Potem jednak zrobiłem przerwę, bo wciągnęła mnie piłka nożna – pamiętam, że to były czasy Euro 2012. Do kartingu wróciłem dopiero w wieku szesnastu lat, w 2021 roku.
Na pierwszych zawodach byłem… ostatni. Ale zacząłem regularnie jeździć na halach, takich jak ta w Tarnowie czy w Krakowie. To miejsca, gdzie każdy może wejść w bluzie i po prostu pojeździć ze znajomymi. Tam właśnie zacząłem trenować i okazało się, że w Polsce jest naprawdę dużo halowych zawodów – w Tarnowie, Chorzowie i wielu innych miastach. Ścigałem się tak aż do zeszłego roku. A potem ogłoszono, że rusza nowy projekt: zwycięzca ogólnopolskich zawodów kartingowych dostanie darmowy sezon w wyścigach samochodowych – konkretnie w pucharze Fiata 500. Udało mi się wygrać rywalizację, w której startowało około stu zawodników z całej Polski. Dzięki temu mogłem przejechać cały sezon samochodowy.
Mówisz o tak, jakby to było nic – „tylko sto osób z całej Polski, ot tam wygrana”. A przecież to ogromne osiągnięcie. Teraz już ścigasz się samochodami wyścigowymi. Z tego, co widziałam, jeździsz właściwie po całej Europie.
-W zasadzie już w kartingu staraliśmy się jeździć wszędzie, gdzie tylko było to możliwe. I faktycznie trochę tego było – zdobywałem medale w Anglii, Niemczech, Włoszech, Szwecji czy Czechach. Problem jest taki, że w Polsce ten sport jest dość niszowy. W praktyce mamy tylko jeden pełnoprawny tor wyścigowy, więc żeby się rozwijać, trzeba wyjeżdżać za granicę.
Teraz, w samochodach, wygląda to podobnie. Sama seria, w której jeżdżę, jest polska — właściciel też jest Polakiem, siedziba jest w Polsce, a w stawce mieliśmy około piętnastu zawodników i wszyscy byli Polakami. Tylko że ścigamy się głównie poza krajem, bo po prostu tam są odpowiednie tory.
Musisz sam to wszystko finansować?
– W tym sezonie miałem ten komfort, że dzięki wygraniu konkursu #RacingTalentTrophy nie musiałem sam finansować startów. Ale na co dzień motosport to naprawdę trudny temat finansowo i większość zawodników musi radzić sobie sama. A jeśli chodzi o sam konkurs – składał się z kilku etapów. Eliminacje odbywały się w Chorzowie, Poznaniu i Gdańsku, a finał znów w Poznaniu. Z każdego etapu wyłaniano najlepszych zawodników kartingowych, a dziesięciu z nich przechodziło do finału, w którym już ścigaliśmy się samochodami. Udało mi się wygrać tę rywalizację, która trwała około trzech miesięcy, i dzięki temu dostałem możliwość przejechania całego sezonu w Fiatach 500.
Całość została mi wtedy opłacona, ale przyszły sezon to już zupełnie inna historia. Teraz muszę sam zbierać budżet. I powiem szczerze — to nie jest łatwe. Wysłałem ostatnio około dwustu maili do różnych firm i jak na razie odpowiedziało może piętnaście. A koszt takiego sezonu, jeśli trzeba pokryć go w całości samemu, to około stu tysięcy złotych. To ogromne wyzwanie.
Jak łączysz to ze studiowaniem?
– Staram się to wszystko jakoś łączyć, ale wiadomo, jak to wygląda. Na ten moment moim priorytetem są wyścigi — studia zawsze mogę zrobić później. Na razie uczę się, a w międzyczasie robię wszystko, co mogę, żeby rozwijać się w motorsporcie. To już właściwie nie jest hobby. Dla mnie to sposób na życie i mam nadzieję, że w przyszłości będę mógł zajmować się tym w pełni zawodowo.

Jesteś teraz w swojej serii wyścigowej – i co dalej? Jeśli tam wygrasz, to otwiera Ci to drogę do wyższych kategorii, czy to zupełnie inaczej działa?
– Żeby awansować dalej, muszę przede wszystkim zdobywać rozpoznawalność i budować budżet. W motosporcie wszystko opiera się na sponsorach — muszę znaleźć firmy, którym będę mógł zaoferować reklamę i które pomogą mi finansować starty na wyższym poziomie.
W pewnym momencie, jeśli zawodnik dobrze jeździ i wyróżnia się wynikami, zauważa go konkretna marka samochodowa. Na przykład — jeżdżę Fiatem 500, więc gdybym był naprawdę dobry, mógłby mnie zauważyć Fiat. I wtedy można zostać tzw. kierowcą fabrycznym. To znaczy, że marka oficjalnie cię zatrudnia, płaci ci za starty, daje ci samochód i całą obsługę. I to jest właśnie mój główny cel — zostać kierowcą fabrycznym.
A jakie jest takie największe wyzwanie poza finansami w tym sporcie?
– Wiele osób myśli, że wyścigi to tylko jeżdżenie w kółko i że wygrywa ten, kto ma najmniej strachu. A to zupełnie nie tak. W trakcie jazdy trzeba naprawdę dużo myśleć — dokładnie wiedzieć, w którym momencie dodać gazu, kiedy zahamować, jak ustawić samochód w zakręcie. Do tego cały czas ścigasz się z innymi kierowcami, więc musisz jednocześnie atakować, bronić się, przewidywać ich ruchy. To ogromne obciążenie mentalne. Presja jest naprawdę duża, bo jeden błąd, jedno złe okrążenie może skończyć się tym, że wylądujesz na poboczu albo rozbijesz samochód. A wiadomo — naprawy kosztują. Więc to nie jest tylko jazda na czas, ale też ciągła odpowiedzialność i świadomość, że każdy ruch może mieć konsekwencje.
Rozbijałeś się już kiedyś?
– Takiego poważniejszego wypadku nie miałem. Ale w Austrii w tym roku, miałem zderzenie, gdzie pół auta z tyłu było w zasadzie do wyrzucenia.
A jak wygląda właśnie sprawa z samochodem?
– W tej serii, w Fiatach 500, organizator ma piętnaście samochodów i na każdy weekend dostajemy inne auto. Dzięki temu wszyscy mają równe szanse, bo wiadomo – każdy samochód może minimalnie inaczej się prowadzić, nawet jeśli jest zbudowany identycznie. A tak rotacja sprawia, że nikt nie ma przewagi. Jeśli chodzi o przygotowanie auta, to ja się tym nie zajmuję. Samochody na miejsce przywozi zespół, a ja po prostu przyjeżdżam, wsiadam i jadę. W tym roku przed sezonem miałem tylko dwadzieścia okrążeń treningowych, żeby w ogóle poczuć, jak ten samochód się zachowuje.
Potem, już na każdych zawodach, wygląda to tak, że w piątek mamy treningi na torze, na którym będziemy się ścigać. W sobotę są kwalifikacje — czyli jedziemy na czas, a kto uzyska najlepszy wynik, startuje z pierwszego miejsca, potem drugi, trzeci i tak dalej. No i później są dwa wyścigi. Na treningach mamy trzy sesje po dwadzieścia minut, więc trzeba szybko się adaptować, bo każdy tor jest inny, ma inne zakręty, inne tempo. Trzeba bardzo szybko ogarnąć, co się dzieje, żeby w weekendzie pojechać jak najlepiej.
Z boku wygląda to tak, jakbyś nie był w stanie czegokolwiek przemyśleć?
– To właśnie jest najtrudniejsze – żeby nauczyć się myśleć w takich warunkach. Z czasem wszystko, co robisz rękami i nogami, wchodzi w automatyzm. Nie skupiam się na tym, że zmieniam bieg albo skręcam kierownicą, bo ciało robi to za mnie. Moja uwaga idzie w zupełnie inne rzeczy: kiedy dokładnie zahamować, kiedy dodać gazu, jak ustawić auto w zakręcie, jak reagować na to, co robią inni kierowcy. Nie mam pojęcia, ile dokładnie skręcam kierownicą w danym zakręcie – to się po prostu czuje. To jest czysta świadomość i instynkt, który buduje się z jazdy. A te Fiaty 500, w których jeżdżę, potrafią rozpędzić się do około 160 km/h, więc to wszystko dzieje się naprawdę szybko.
A na zawodach czuć rywalizację? Zwłaszcza, że wy tam wszyscy się znacie.
– Każdemu tam naprawdę bardzo zależy. Czasem mówię, że to jest taka polska Formuła 1, bo presja i atmosfera są naprawdę intensywne – każdy chce pokonać każdego. Ale ja nie mam problemu z konkurencją. Wręcz przeciwnie – im trudniej, tym lepiej. Gdybym nie miał żadnych rywali, nie czułbym tej satysfakcji z jazdy i z wygrywania.
Ciebie jeszcze stresują te wyścigi, czy już się do tego przyzwyczaiłeś?
– Powiem Ci, że to zależy. W tym roku było trochę stresu, bo pierwszy raz ścigałem się w samochodzie, a nie w gokarcie – a to jest naprawdę ogromna różnica. Zazwyczaj stres pojawia się chwilę przed startem, ale kiedy już ruszamy i wszystko się zaczyna, to stres mija i wchodzę w ten tryb jazdy.
Masz jakiś najbardziej pamiętny wyścig?
– Te, które wygrałem w tym roku. Udało mi się wygrać pięć razy. Głównie wyglądało to tak, że startowałem z pierwszej pozycji i po prostu odjeżdżałem spokojnie do przodu. Ale jest też taka zasada, że jeśli są dwa wyścigi w weekend, to w drugim pierwsza szóstka jest odwrócona. Czyli zwycięzca pierwszego wyścigu startuje z szóstego miejsca. I za każdym razem, kiedy wygrałem pierwszy wyścig i startowałem z szóstki, to na pierwszym okrążeniu wyprzedzałem wszystkich sześciu i dojeżdżałem pierwszy. Takie rzeczy naprawdę „robią robotę” i to mi się podoba.
Ale widziałam, że ostatecznie w całym sezonie zająłeś drugą pozycję, prawda?
– Tak, zabrakło mi jednej pozycji w którymkolwiek z dwunastu wyścigów. Dużo było pecha w tym roku. W pierwszym wyścigu, w debiucie, miałem awarię skrzyni biegów i spadłem z drugiego miejsca na czwarte. I to była kwestia samochodu, nie moja. Tego nie przewidzisz – taka jest specyfika sportu. Nie miałem w ogóle trzeciego biegu, więc ciężko było zrobić coś więcej, dlatego straciłem dwie pozycje i 20 punktów.
No i był jeszcze wypadek w Austrii, w sierpniu. Dojechałbym na drugim miejscu, ale finalnie w ogóle nie ukończyłem wyścigu, bo nie było czym jechać. Za pierwsze miejsce dostaje się 50 punktów, za drugie 40, za trzecie 30, i tak dalej, coraz mniej. Więc każda stracona pozycja naprawdę bardzo boli.
Na zawody jeździsz z kimś?
– Głównie z tatą. Ale zawsze mogę liczyć też na wsparcie ze strony mamy i brata.
Widziałam też, że twoje liceum cały czas cię wspiera.
– Tak, super, że się w to zaangażowali i że pomogli mi złapać trochę rozgłosu. Ten sport jest dziwny w tym sensie, że ciężko go ogarnąć z zewnątrz – ludzie myślą, że to po prostu niebezpieczna, szybka jazda. A tak naprawdę to niesamowicie techniczne, wymagające i mentalnie, i fizycznie zajęcie. Fajnie, że dzięki nim więcej osób mogło zobaczyć, na czym to naprawdę polega.

A jak wygląda Twoje przygotowanie? Macie specjalne stroje, prawda?
– Tak. Żeby w ogóle móc się ścigać, sędziowie najpierw muszą sprawdzić cały strój. Kombinezon jest ognioodporny, żeby w razie pożaru nic się nie stało. Pod spodem mamy jeszcze specjalne kalesony i golf, też niepalne. Do tego są rękawiczki, kominiarka, kask i system HANS – to taki element przy kasku, który chroni szyję i głowę, żeby przy wypadku nie poleciały do przodu. A w samochodzie potrafi być w środku nawet około 60 stopni podczas gorącego dnia, więc sama jazda w tym stroju też jest wyzwaniem. Przejazd trwa od 20 do 25 minut, a tor w Polsce ma około 4 kilometrów, więc jedziesz cały czas po okrążeniach – pierwsze, drugie, trzecie i tak przez cały wyścig. Na filmikach wygląda to krócej, ale w rzeczywistości przez te 25 minut jedziesz bez przerwy i jednocześnie ścigasz się z innymi.
Cały weekend jest wypełniony jazdą: w piątek mamy trzy treningi po 20 minut, w sobotę kwalifikacje i pierwszy wyścig, a w niedzielę drugi wyścig, też po 20 minut każdy. Można powiedzieć, że spala się przy tym całkiem sporo kalorii. I nie mam żadnego kontaktu radiowego — jadę kompletnie sam. Jeśli coś się w samochodzie zepsuje w trakcie wyścigu, to już nic się nie da zrobić.
A jakie jest teraz Twoje sportowe marzenie?
– Moim sportowym marzeniem jest przede wszystkim to, żeby dalej się rozwijać i w przyszłości zostać kierowcą fabrycznym jakiejś marki samochodowej. To jest ciężka droga, bo żeby się wybić, potrzeba najpierw dużego wkładu finansowego. To nie są kwoty jak w Formule 1, gdzie potrzeba kilkudziesięciu milionów, ale nawet w tych małych Fiatach 500 sezon potrafi kosztować około 100 tysięcy. No a wiadomo – im szybsze auto, tym większe koszty.
Zaskoczysz mnie czymś jeszcze?
– W tym roku oprócz ścigania się samochodami brałem jeszcze udział w trzech wyścigach 24-godzinnych z moim zespołem kartingowym. To wygląda tak, że zbierasz ekipę trzech osób i przez 24 godziny wymieniacie się co godzinę. Jedziesz godzinę, potem wsiada kolega, potem kolejny – i tak całą dobę. A w międzyczasie ścigacie się z około 60 innymi zespołami, też przez pełne 24 godziny. Najczęściej wtedy w ogóle nie sypiam.
A gdzie się ścigacie? W Polsce czy za granicą?
– Za granicą. Byliśmy we Włoszech, na Słowacji i w Czechach. Jeden wyścig udało nam się wygrać, w drugim zajęliśmy piąte miejsce, a w trzecim chyba czwarte.
I planujecie jechać znowu?
– To zależy od moich planów na przyszły rok. Chcę startować w serii, która wymaga znacznie większego budżetu, więc nie wiem, czy starczy jeszcze pieniędzy na karting.
A kiedy zaczyna się sezon?
– Najczęściej w kwietniu. Takie serie zwykle mają od pięciu do siedmiu weekendów, zależnie od organizatora.
Macie już ustalony grafik na przyszły rok?
– Zazwyczaj ogłaszają to w styczniu lub lutym — wtedy podają, gdzie będą wyścigi. Na przykład: w kwietniu Węgry, w maju Czechy, potem kolejne rundy.
Czy to w ogóle jest opłacalne?
– Na chwilę obecną nie. To jest tylko inwestycja. Jeżeli w przyszłości uda mi się osiągnąć to, co planuję, czyli zostać kierowcą fabrycznym, to wtedy ten sport może przynieść duży zwrot. Ale na razie dokładam, bo żeby dojść wyżej, trzeba naprawdę sporo zainwestować. Gokarty były takim wstępem, żeby nauczyć się techniki i podstaw, ale prawdziwe koszty zaczynają się w samochodach.
A jak już masz prawo jazdy, to nie jest Ci trudno przestawić się na taką… trochę niebezpieczną jazdę?
– Ciekawe pytanie. To wygląda tak: z czasem nabierasz wiedzy i świadomości. W wyścigu nie jedziesz „na wariata”, tylko cały czas myślisz, analizujesz i czujesz auto. W pewnym momencie wiesz dokładnie, gdzie jest limit i wtedy to nie jest dla ciebie „niebezpieczna jazda”, tylko szybka, ale kontrolowana jazda. To wielka różnica.
Rozmawiała Maja Zachara
Rozmowa w dwóch częściach ukazała się
w Brzeskim Magazynie informacyjnym w numerach listopad/grudzień 2025
Fotografie pochodzą z archiwum rozmówcy
