Jak brzeskie „Łaziorki” zdobyły Kilimandżaro

(Archiwalny materiał autorstwa Mai Zachary, który ukazał się w Brzeskim Magazynie Informacyjnym w kwietniu 2026 r.)

Jak brzeskie „Łaziorki” zdobyły Kilimandżaro

Parę lat temu spotkali się przypadkiem na szlaku i rozpoczęli wspólną przygodę. Po prostu lubili „połazić”. Dla przyjemności, dla widoków, dla krokusów na wiosnę. Nazwali się „Łaziorki” i bez większego rozgłosu zaczęli zdobywać Koronę Gór Polski.

W tym roku trzech odważnych – Łukasz Kornaś oraz dwaj Grzegorzowie: Pawełek z Bochni i Cisak z Mokrzysk – stanęło na szczycie Kilimandżaro. Na Dachu Afryki, 5895 metrów nad poziomem morza, gdzie w rozrzedzonym powietrzu każdy krok waży tonę, a satysfakcja jest tak ogromna, że trudno ją opisać słowami.

Ziarno rzucone na szlaku
Pomysł na afrykańską wyprawę nie narodził się przy biurku ani podczas oglądania filmów podróżniczych. Pojawił się w górach, jak większość najlepszych planów Łaziorków. – O swoim marzeniu zdobycia Kilimandżaro opowiedziałem po prostu podczas którejś z naszych wycieczek – wspomina Łukasz Kornaś. – Tematem zainteresował się Grzegorz Pawełek, później dołączył Grzegorz Cisak. Tak stworzył się zalążek zespołu.

Zdobycie uśpionego wulkanu nie wydawało się oderwane od rzeczywistości. Mieli już za sobą Olimp w Grecji (2918 m n.p.m.), słowacki Gerlach (2655 m n.p.m.), trekkingi w hiszpańskich górach. Aby być jak najpewniejszym swojej wytrzymałości, zaczęli dodatkowe treningi cardio, bieganie czy basen. To dawało pewność, że z wysiłkiem fizycznym sobie poradzą. Prawdziwą niewiadomą była wysokość. – To właśnie pytanie o aklimatyzację najbardziej zaprzątało nam głowy. Wiedzieliśmy, że technicznie jesteśmy dobrze przygotowani, ale jak organizm zareaguje na prawie sześć tysięcy metrów? O tym można dużo poczytać w internecie i część tych historii, delikatnie mówiąc, nie nastraja optymistycznie – przyznaje Łukasz. Skontaktowali się z doświadczoną agencją, która pomogła zorganizować wyprawę. Ostatecznie ekipa liczyła dziesięć osób. Oprócz trójki z regionu brzeskiego, znaleźli się w niej znacznie bardziej doświadczeni wspinacze. – Trochę patrzyli na nas jak na kosmitów – śmieje się rozmówca.

Szczepienia, pustynia i Masajowie

Zanim buty dotknęły wulkanicznego pyłu Kilimandżaro, ekipa z Polski musiała zabezpieczyć się również zdrowotnie. – Dość zaskakujący okazał się temat ilości szczepień ochronnych, które trzeba było wykonać – przyznaje Łukasz. – Do tego dobór odpowiednich medykamentów. Później weryfikacja pokazała, że było to naprawdę istotne.

Ale Tanzania to nie tylko medyczne procedury. Pierwszy dzień na miejscu był czysto turystycznym wprowadzeniem do innego świata. – Poznawanie otoczenia, kultury, wizyta w wiosce masajskiej i kąpiel w źródłach krystalicznie czystej wody w oazie na pustyni – wylicza.

To był moment złapania oddechu przed tym, co miało nadejść. Ciekawym doświadczeniem okazała się już sama podróż – przesiadki w Mediolanie i Addis Abebie. – Byliśmy pod wrażeniem wielkości etiopskiego lotniska, a także floty Ethiopian Airlines.

Próba generalna
Zanim mieli stanąć na Dachu Afryki, czekała ich wspinaczka, która okazała się kluczowa dla całej wyprawy – Mount Meru (4566 m n.p.m.). To właśnie ten szczyt, nazywany młodszym bratem Kilimandżaro, zweryfikował ich przygotowanie i pokazał, czym naprawdę jest choroba wysokościowa. – Dostaliśmy solidnie w kość. Ja popełniłem głupi błąd – odwodniłem się i z wielkim trudem doczołgałem na wysokość 3500 metrów. I wtedy pojawiła się myśl: „Co ja tu właściwie robię?”– opowiada szczerze Łukasz.

Atak szczytowy na Meru rozpoczął się o północy. Trwał – wraz z zejściem do bazy (2500 m n.p.m.) – ponad dziewiętnaście godzin. To była walka nie tylko z grawitacją, ale i z własną głową. Trudności momentami przypominały tatrzański Kozi Wierch, z tą różnicą, że wszystko działo się prawie dwa razy wyżej, gdzie tlenu jest zdecydowanie mniej. – Ale nie poddałem się – podkreśla z dumą. I to właśnie było kluczowe. Trzydniowa mordęga na Meru stała się najlepszą aklimatyzacją. Późniejsze trzy dni safari, spędzone na wysokościach między 1500 a 2500 metrów, pozwoliły organizmom odetchnąć i nabrać sił przed głównym celem.

W rytmie powolnych kroków
Wejście na Kilimandżaro to zupełnie inny świat. Najpierw las deszczowy na 1800 metrach, potem mozolne zdobywanie kolejnych metrów w górę. Później schronisko i nocleg na wysokości 2800 m. Kolejny dzień to 1000 metrów w górę i nocleg. – Na wysokości 3700 metrów spałem już jak mops – wspomina Łukasz – Organizm wreszcie przyzwyczaił się do warunków, oddech się uspokoił. Największe wyzwanie przyszło w bazie na 4700 metrach. Tam powietrze jest tak rzadkie, że każdy gest wymaga skupienia. –Tam już każdy ruch i krok trzeba było wykonywać powoli i z rozmysłem, żeby nie tracić sił. Cztery godziny snu i czas na ostateczny atak.

Północ, mróz i rozgwieżdżone niebo

Północ. Mróz minus dziesięć stopni Celsjusza. Nad głowami rozpościerało się przepięknie rozgwieżdżone niebo. Przed nimi 1300 metrów przewyższenia na odcinku zaledwie sześciu kilometrów. – Powyżej 5500 metrów ciśnienie atmosferyczne spada poniżej 450 hPa i oddycha się bardzo rozrzedzonym tlenem. Dlatego szczyt zdobywa tylko około czterdziestu procent śmiałków. Choroba wysokościowa zbiera tutaj ogromne żniwo.

Ale zespół z Polakami okazał się wyjątkowo mocny. Z całej dziesiątki tylko dwie osoby musiały zrezygnować przed szczytem, co przy tej wysokości i tak jest wynikiem znakomitym. Po dziewięciu godzinach mozolnej wspinaczki osiągnęli upragniony wierzchołek – Uhuru Peak, 5895 metrów nad poziomem morza. – Marzenie spełnione.

Łzy, lodowce i kaldera wulkanu

Na szczycie dali upust emocjom. Gratulacje, radość, łzy wzruszenia. Trafili na piękną pogodę, więc widoki ze szczytu były zachwycające. Kaldera wulkanu, lodowce lśniące w promieniach wschodzącego słońca, całe otoczenie obserwowane z wysokości blisko sześciu kilometrów nad Ziemią.

Stworzyliśmy naprawdę zgrany zespół – podkreśla Łukasz. – Góry wysokie sprawdzają charakter człowieka. Tu trzeba współpracować. I naszej „brzeskiej” trójce udało się wprowadzić pozytywną atmosferę, co wielokrotnie podkreślali nasi towarzysze wspinaczki. A największym komplementem dla nas jest to, że zostaliśmy zaproszeni do dalszych wspólnych działań.

Nie sposób też zapomnieć o tych, bez których zdobycie szczytu byłoby praktycznie niemożliwe – tanzańczykach. – Okazali się profesjonalistami w każdym calu. Znali doskonale rzemiosło przewodnickie, byli bardzo uczynni i mili, a do tego znakomicie mówili po angielsku. Wspierali nas w trudnych chwilach, pomagali przy ekwipunku. Bez ich udziału zdobycie szczytu byłoby niemożliwe.

Na horyzoncie

Zdobycie Kilimandżaro to ukoronowanie marzenia. Ale dla Łaziorków to nie koniec drogi, a jedynie jej ważny przystanek. W planie na przyszły rok jest już wyprawa na Ararat – górę w Turcji, mierzącą 5137 metrów nad poziomem morza.

Maja Zachara
Materiał ukazał się w Brzeskim Magazynie Informacyjnym
w kwietniu 2026 r.

Powrót na górę
Skip to content
Ta strona internetowa jest zobowiązana do zapewnienia dostępności cyfrowej dla osób niepełnosprawnych. Stale poprawiamy komfort użytkowania dla wszystkich i stosujemy odpowiednie standardy dostępności. Nieustannie poprawiamy komfort użytkowania dla wszystkich i stosujemy odpowiednie standardy dostępności.
Stan zgodności