Więcej niż dziś i jutro – rozmowa z Aldoną Szot

(Archiwalna rozmowa z Aldoną Szot, która ukazała się w Brzeskim Magazynie Informacyjnym w kwietniu 2025 r.)

Więcej niż dziś i jutro – rozmowa z Aldoną Szot

Aldona Szot (Gutfrańska) urodziła się w Sierpcu, ale większość życia spędziła w Brzesku. Maluje i rysuje od kiedy pamięta. „Na poważnie” malarstwem zajmuje się już ponad trzydzieści lat, choć na koncie ma dopiero jedną wystawę. Mowa o „Empiriach” – zbiorze 37 obrazów stworzonych techniką akrylu na płótnie oraz 25 prac spoza cyklu. Uroczyste otwarcie wystawy odbyło się pierwszego marca podczas Dnia Kobiet w RCKB.

Późno pani debiutuje.

– To moja pierwsza poważna, pełnowymiarowa wystawa. Czy późno? Widocznie tak miało być. Cały czas powtarzałam sobie, że wystawa będzie, że już niedługo. Gdy odezwała się do mnie pani Barbara Kuczek z Urzędu Miejskiego i zaproponowała wernisaż z okazji Dnia Kobiet, całą noc się zastanawiałam czy na pewno, czy te prace można uznać za gotowe do pokazania ludziom.

Jak czytam swoje teksty sprzed dekady to zastanawiam się jakim cudem dopuszczono je do druku. Bo wstyd.

– Czasem jak patrzę na prace sprzed lat to mówię do siebie „schowaj to szybko i to jeszcze głębiej niż było, żeby nikt nie znalazł” albo „bierz się za to i popraw, żeby miało ręce i nogi”. Choć z drugiej strony uważam też, że niektórych rzeczy nie należy ruszać i przerabiać, bo to też jest jakiś nasz ślad. Nie niszczę obrazów, nawet jeśli stwierdzę, że są nieudane. Empirie to prace stosunkowo nowe. Powstawały w latach 2021-2024 w oparciu o moje bieżące doświadczenia, obserwacje i inspiracje.

No właśnie – inspiracje. Obrazy odzwierciedlają np. pani znajomych?

– Nie, nie ujęłam świadomie w obrazach żadnej z realnych osób. Wyjątek to obraz “Przyjaciel” na którym ujęłam córkę z naszym psem. Niedawno zastanawiałam się czemu wszystkie Empirie to postacie kobiece. Powstawały na bieżąco i chyba po prostu przelewałam na płótno moje emocje, moje stany wewnętrzne i malowałam je na twarzach tych kobiet i towarzyszących im symbolach. A czy są tu analogie do osób żyjących? Podczas wernisażu usłyszałam, że niektóre postacie z obrazów przypominają moją córkę. Nie miałam takiego zamierzenia, ale każdy może przecież interpretować obraz po swojemu. Każdy ma własne doświadczenia, które wpływają na odbiór.

Sztuka była z panią od zawsze?

– Nie sięgam w retrospekcjach aż tak głęboko, ale przed naszą rozmową przypomniałam sobie taką rodzinną historię. Był w niektórych domach taki zwyczaj, że na roczek ustawiało się przed dzieckiem różne przedmioty żeby zobaczyć co najbardziej je zainteresuje, wie pan młotek, jakieś druty, sitko itp. No i ja od razu złapałam za kredki.

Przeznaczenie.

– W czasach wczesnoszkolnych lubiłam schować się gdzieś w kąciku i porysować czy pomalować. Nie chcę żeby to zabrzmiało górnolotnie, ale zawsze jakoś inaczej wszystko widziałam. Jak koleżanka mówiła, że trawa jest piękna to ja widziałam w tej trawie dziesiątki szczegółów. Tutaj cień pada, tam coś wystaje… Do dziś we wszystkim wnikliwie doszukuję się gry światła, kształtu, koloru.

Czyli plastyka to był pani ulubiony przedmiot?

– Chodziłam do szkoły nr 1 w Brzesku. Lekcje plastyki były euforyczno-frustrujące. Euforyczne, bo mnie doceniano, byłam wysyłana na konkursy plastyczne. No i rówieśnicy też mnie doceniali, bo ciągle podsuwali mi swoje kartki żeby coś im narysować, więc zawsze brakowało mi czasu na dokończenie własnych prac. Stąd ta frustracja (śmiech). Trafiłam w szkole na wspaniałych nauczycieli, którzy mnie szanowali, motywowali, pokładali we mnie nadzieję.

Bardzo chciałam iść do liceum plastycznego, ale z powodów ekonomicznych nie mogłam. Nie mam do nikogo pretensji, taka była po prostu nasza sytuacja. Dojazdy, kupowanie materiałów plastycznych… Nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Szkolna wyprawka musiała wystarczyć na cały rok. Dużo mnie tamte czasy nauczyły – oszczędności materiału, samodyscypliny.

Na początku głównie rysowałam, pewnie dlatego, że nie trzeba było drogich materiałów. Mając 19 lat kupiłam pierwszą sztalugę i komplet farb olejnych. Boże, jaka to była radość, jaka euforia. Pasję musiałam połączyć z macierzyństwem. Wtedy zrozumiałam, że trzeba wybrać pomiędzy rysunkiem a malarstwem ze względu na brak czasu. Wybrałam malarstwo. Podejmowałam się wtedy często prób kopiowania obrazów wielkich malarzy. Dyscyplinowało mnie to i “wyostrzało oko”. Malowałam najczęściej nocami, kiedy wszyscy spali. Chciałam obyć się z teorią, której nie miałam przez brak szkoły artystycznej, Nadrabiałam te luki w edukacji kupując czasopisma o malarstwie, książki, kursy. Wykształcenie pedagogiczne pozwoliło mi na pracę jako terapeuta zajęciowy, tam również mogłam pogłębiać wiedzę z zakresu sztuk plastycznych. Potem, gdy urodził się mój syn musiałam zrezygnować z farb olejnych, z terpentyny… Miał silną alergię. A potem i ja nabawiłam się alergii.

Same przeciwności.

– W życiu często trzeba z czegoś rezygnować, coś wybierać… Postawiłam na farby akrylowe, choć nie stronię od innych technik. Czasem latem w plenerze wracam do farb olejnych. Bo moje „atelier” to tak naprawdę kuchnia o rozmiarach dwa na trzy. Trochę zawyżyłam , ale nie wchodźmy w szczegóły. Więc ja maluję a w tym czasie domownicy robią sobie kanapki, jamnik pelęta się pod nogami, gdzieś tam obok powstaje obiad. Śmiejemy się, że nie wiadomo ile jest zupy w obrazie a obrazu w zupie (śmiech)! Oni są częścią tego mojego tworzenia za co bardzo im dziękuję. Mój partner Wojtek najczęściej jako pierwszy analizuje obrazy i jest zasypywany dziesiątkami pytań każących mu stawiać się w roli odbiorcy. Dużym wsparciem są dla mnie dzieci – pomagają ogarniać niektóre sprawy internetowe, doradzają, angażują się. Są niemal “skazani” na analizę powstałych prac.

A jakby miała pani okazję przeprowadzić się do dużej przestronnej pracowni?

– Ja się szybko przyzwyczajam. Pewnie takie duże pomieszczenie dałoby dużo możliwości. Płótna nie musiałyby stać w kącie, mogłabym je wyeksponować. No i nikt by nie zarzucał, że truję domowników, bo chlapię farbami na jedzenie (śmiech). Ale tak też jest dobrze. Nawet w dziupli można malować jeśli się chce. Grunt żeby tak to poukładać, żeby się nikt nie potknął.

Pani lubi patrzeć na swoje obrazy?

– Lubię patrzeć, ale raczej krytycznie, pod kątem tego co trzeba dodać, zmienić. U mnie w domu wisi tylko jeden mój obraz. Zresztą pusta, biała ściana to idealne „okno” do rozmyślania.

No ale skoro zdecydowała się pani pokazać swoje prace ludziom, to chyba musi pani twierdzić, że coś w nich jest.

– W każdej pracy jest jakiś ładunek emocjonalny, jakaś historia niezależnie od tego jak będzie odebrana. Szanuję swoje prace bo są częścią mnie. Jak coś robimy i dzielimy się tym z kimś, nadaje tej pracy sens. Nie chodzi o chwalenie się, ale takie zwyczajne podzielenie się, bo okazuje się, że ktoś może czerpać z tego przyjemność. Taki dostałam dar więc po prostu robię co do mnie należy i daj mi panie Boże żebym mogła robić to jak najdłużej. Nie tworzę obrazów patrząc na gusta ludzi, ale wiadomo, że chcę, żeby te prace były „chciane”, żeby spotykały się z jakimkolwiek odbiorem.

Nie zawsze jest tak, że przychodzi wena i obraz sam się maluje. Są takie dni, że nawet z gorączką idę malować, bo chcę, a są też takie, że wyciskam farby i nic. Czasem trzeba się trochę przymusić, przez całe lata miałam ustaloną rutynę dnia z wyznaczonymi godzinami na malowanie.

Trochę jak pójście do pracy. Sprzedaje pani swoje obrazy?

– Wszystko, co wymaga wysiłku jest pracą. Pasja to też praca. Niektórym wydaje się, że pasja to tylko przyjemność, a tak przecież nie jest. Malowanie obrazów to zarówno praca umysłu jak i ciała. Odpowiadając na pytanie – jeżeli ktoś jest zainteresowany nabyciem obrazu to jestem otwarta.

Po co sobie to robić, skoro to bardziej pasja niż praca?

– No tak, ale gdybym te trzy lata temu malując pierwsze Empirie powiedziała sobie „a po co się spinać, przecież to nie na zamówienie”, to pewnie by dziś nie było wystawy, bo miałabym np. dwa obrazy. Jak zaczynam, to przetwarzam jakieś emocje, doświadczenia i muszę doprowadzić to do końca. Pasja może czasem przeobrazić się w obsesję. Sama miałam takie lata, gdy nie widziałam poza obowiązkami domowymi absolutnie niczego innego niż malowanie. Każdą wolną chwilę poświęcałam głównie na to. A gdzie czas na spacer, wyjazd , zwyczajny relaks. Wszystko trzeba jakoś wyważyć, nie stracić kontaktu z rzeczywistością.

Gdy ktoś mówi o pani „artystka”, to…

– Nie lubię tego słowa. To bardzo mocne słowo. Wolę o sobie mówić, że jestem malarką. W domu żartobliwie używamy określenia „malarzownik” (śmiech). Chyba nigdy nie nazwałam siebie artystką. Pewnie to brzmi jak fałszywa skromność, ale krępuje mnie to. Teraz wszyscy są gwiazdami, są artystami, są sławni… To poważne słowo, a tak często używane bezpodstawnie. Taki mam przywilej, taki mam dar, że mogę tworzyć te obrazy i każdego dnia jestem za to wdzięczna.

Spotykamy się w przeddzień zakończenia wystawy. Jakie sygnały docierają do Pani po tych trzech tygodniach?

– Na szczęście pozytywne. Jest to miłe i daje kopa. Nikt nie lubi, gdy się go krytykuje. Nawet uzasadniona krytyka może pociąć skrzydła, gdy jest jej nadmiar. Zaskoczyło mnie jak ludzie interpretowali te prace, to że każdy miał innego faworyta wśród obrazów i jak ciekawie to było argumentowane. Niesamowite ile różnych emocji może wywołać u ludzi jeden obraz – ktoś powie, że przypomina mu kogoś bliskiego, komuś da impuls do działania a komuś przynosi odprężenie…

Czuje się pani ośmielona? Będą kolejne wystawy?

– Tak. Prace wystawowe i nie tylko były wcześniej prezentowane na moich social mediach więc miały odbiór wirtualny jednak wystawa to coś innego, pozwala na osobisty kontakt z obrazami. Chcę się rozwijać i być coraz lepsza. Dla mnie to kluczowe, by wciąż chcieć od siebie więcej niż tylko „dziś i jutro”.

A jeśli o wystawie mowa, to chyba czas na podziękowania. Jestem bardzo wdzięczna pani Basi Kuczek, że postawiła na mnie, można powiedzieć, że przyspieszyła decyzję o mojej wystawie, panu burmistrzowi za ciepłe przyjęcie, pani dyrektor Karinie Legutek i pracownikom biblioteki za wsparcie podczas przygotowywania wystawy oraz pani dyrektor MOK Ewelinie Stępień i jej załodze za organizację imprezy. Dziękuję rodzinie, bliskim, wszystkim obecnym na wystawie, również każdemu odbiorcy moich obrazów, za każde dobre słowo, komentarz, które są motywatorem do dalszej twórczości.

Najważniejszy z pani obrazów to…

– Najważniejszy dla mnie? (długa cisza)…wiele razy zdarzało mi się malować Jezusa Miłosiernego autorstwa Eugeniusza Kazimirowskiego. Malowałam na zamówienie, czasem też na prezent. Ludzie potem święcili te obrazy, stawiali na honorowych miejscach… Modlili się patrząc na nie, kierowali myśli i prośby ku Bogu. Abstrahując od wszelkich detali technicznych, najważniejszy jest ten aspekt duchowy, metafizyczny.

Gdy umawialiśmy się na dzisiejszą rozmowę powiedziała pani, że „wszystko jest sprawdzianem”.

– Bardzo często wydaje się nam, że jesteśmy w czymś dobrzy, albo, że na pewno się nie uda. Że coś możemy, lub że nam czegoś nie wolno. Dopiero, gdy się w coś zagłębimy, to sprawdzamy się w tym. Gdy zaczynam malować obraz to (oprócz ogólnego zarysu, który mam w głowie), nie wiem jaki będzie ostateczny efekt. W szkole za dobrze napisany sprawdzian dostaje się pozytywną ocenę, zaś w życiu codziennym bywa różnie. Ale zawsze na końcu jest wynik. Tak to czuję.

Rozmawiał Konrad Wójcik
Rozmowa ukazała się w Brzeskim Magazynie Informacyjnym
w kwietniu 2025 r.

Powrót na górę
Skip to content
Ta strona internetowa jest zobowiązana do zapewnienia dostępności cyfrowej dla osób niepełnosprawnych. Stale poprawiamy komfort użytkowania dla wszystkich i stosujemy odpowiednie standardy dostępności. Nieustannie poprawiamy komfort użytkowania dla wszystkich i stosujemy odpowiednie standardy dostępności.
Stan zgodności