Zaczęła późno, dogoniła wszystkich – rozmowa z Krystyną Siek

(Archiwalna rozmowa z Krystyną Siek, która ukazała się w Brzeskim Magazynie Informacyjnym w lutym 2026 r.)

Zaczęła późno, dogoniła wszystkich – rozmowa z Krystyną Siek

Krystyna Siek urodziła się w Krakowie, ale młodość spędziła w Jadownikach. Z harfą poznała się dopiero w liceum. Wcześniej był fortepian i dziesiątki pomysłów na przyszłość. Kiedy usłyszała od nauczycielki, że „nie ma żadnych szans”, zamiast się poddać – zaczęła ćwiczyć jeszcze więcej. Pandemia, która zatrzymała świat, dała jej coś bezcennego: czas i instrument w domu. Dziś studiuje we Wrocławiu, komponuje własne utwory i marzy o tym, by grać jako solistka. Bo muzyka – jak sama mówi – nie jest po to, żeby błyszczeć na scenie. Jest po to, żeby poruszać ludzi do łez.

Opowiedz mi jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką.
– Tak naprawdę to trochę zapoczątkowałam „muzyczną tradycję” w domu. Najpierw poszłam na fortepian. To zaczęło się od zajęć umuzykalniających w Brzesku, w ratuszu. Pamiętam, że zobaczyłam panią, która grała na fortepianie i wtedy zakochałam się w tym instrumencie. Później chodziłam na zajęcia prywatne przez sześć lat. Następnie tata zapisał nas do szkoły muzycznej. Co prawda dwa razy się do niej nie dostałyśmy – ja i moje siostry

Dlaczego?
– Trudno wyczuć potencjał dziecka. Jeśli ktoś na starcie nie ma idealnie rozwiniętego słuchu czy koordynacji, to odpada. Wiem, bo później sama pracowałam w szkole muzycznej – uczyłam harfy i fortepianu. Zobaczyłam ten proces od drugiej strony. I tylko się w tym utwierdziłam: to jest bardzo źle skonstruowane. Wracając do tematu, w końcu udało mi się dostać do szkoły muzycznej. Tylko, że na obój. Moja siostra dostała się za to na fortepian. Zrobiłyśmy więc zamianę. Ona poszła na obój i do dziś gra, teraz jest na Akademii Muzycznej w Gdańsku. A ja zostałam przy fortepianie.

I jak wyglądały Twoje początki w szkole muzycznej?
– Miałam tam swoje perypetie. Nauczyciele często się zmieniali, ale mimo wszystko trafiłam na naprawdę fajnych pedagogów. Wtedy poczułam, że to jest „moje miejsce”. Później skończyłam gimnazjum w Jadownikach. I musiałam wybrać dalszą drogę. Byłam przekonana, że na studia muzyczne na pewno nie pójdę. Miałam tyle pomysłów, że sama się w tym gubiłam. Finalnie dostałam się do liceum w Brzesku, na profil dziennikarski. Ale i tak czułam, że coś mi się w tym wszystkim nie zgadza.

Co sprawiło, że pojawił się pomysł Krakowa i szkoły muzycznej?
– Ktoś mi powiedział, że w krakowskim liceum muzycznym imienia Fryderyka Chopina jest taki przedmiot jak rytmika. Nie chciałam iść typowo na fortepian, bo uważałam, że to instrument bardzo trudny, wymagający ogromnej pracy. Poza tym jest niesamowicie konkurencyjny – jest tylu pianistów, że to trochę jak maraton i wyścig szczurów. Nie chciałam się w to pakować. A rytmika wydawała mi się czymś innym – takim połączeniem fortepianu i tańca. Brzmiało to jak coś idealnego dla mnie.

Byłaś szczęśliwa, że tam trafiłaś?
– Na początku tak, ale potem się okazało, że to jednak nie jest to, czego chciałam. Wiesz, balet – mimo że był trudny – to była dyscyplina. Były pokazy, koncerty, wszystko wyglądało profesjonalnie. A na rytmice… czułam się trochę jak w przedszkolu. Bo ten przedmiot polega głównie na tym, żeby nauczyć się prowadzić rytmikę dla dzieci w szkołach i przedszkolach.

I wtedy zaczęłaś szukać czegoś innego?
– Tak. Zaczęłam szukać instrumentu, na który mogłabym się „przenieść”. Pierwszym wyborem był flet, ale szybko zrozumiałam, że to nie będzie takie proste. W liceum muzycznym ludzie zazwyczaj grają już parę lat na instrumencie. To nie jest miejsce, w którym zaczynasz od podstaw. I wtedy pojawiła się harfa.

Brzmi jak dość nieoczywisty wybór. Skąd w ogóle ten pomysł?
– Spotkałam panią profesor od harfy w sekretariacie. Ona mnie namówiła. Zaczęła mi dawać prywatne lekcje, pokazała mi harfę, jak ona wygląda, jak się na niej gra. Niestety trafiłam akurat na moment, kiedy wybuchła pandemia. Więc tak naprawdę lekcji stacjonarnych miałam z nią może rok – i to były zupełne podstawy. Ćwiczyłam ile mogłam, uczyłam się utworów, powoli szło to do przodu, ale szczerze mówiąc, gdyby nie pandemia, nie miałabym szans fizycznie nadrobić tego materiału. I naprawdę przez cały ten czas – to było prawie dwa lata – siedziałam w domu po dziesięć godzin dziennie. Dopiero wtedy moje ręce zaczęły się do tego przystosowywać. Tak naprawdę pandemia była dla mnie momentem przełomowym.

W jakim sensie?
– Dzięki temu, że miałam czas, zaczęłam robić ogromny progres. I wtedy też pojawiło się dużo konkursów online. Na drugim roku zaczęłam już wysyłać nagrania na różne konkursy. I nawet udawało mi się zdobywać jakieś miejsca. Ale cały czas czułam, że mam bardzo dużo do nadrobienia. Z tyłu głowy miałam myśl, że zaczęłam późno, więc muszę dać z siebie absolutnie wszystko, żeby móc się zrównać z rówieśnikami. I mam wrażenie, że ta myśl przyświeca mi trochę do dziś – że przez to, że zaczęłam później, muszę pracować więcej, żeby osiągnąć podobny efekt jak osoby, które grają od dziecka.
Ukończyłam liceum z wyróżnieniem, wszystko się udało. I dostałam się na studia do Wrocławia. To też był dla mnie szok, bo na mojej pierwszej lekcji harfy, u jednej nauczycielki – zanim przeniosłam się do tej, u której później byłam trzy lata – usłyszałam, że absolutnie nie mam żadnych szans, żeby „iść dalej” na harfie. Mogę się pobawić te trzy lata, że możemy sobie coś pograć, coś porobić, ale że nie mam szans, żeby to kontynuować na poważnie. I szczerze mówiąc te słowa były czymś, co najbardziej mnie zmotywowało. Chciałam udowodnić, że mogę. I finalnie, kiedy grałam dyplom, ta pierwsza nauczycielka była jedną z osób oceniających. Wszyscy dali mi ocenę sześć, dostałam wyróżnienie. A ona jako jedyna oceniła mnie bardzo nisko.

To musiało boleć.
– Tak, ale najciekawsze było to, że po egzaminie podeszła do mnie i powiedziała, że mogę do niej zdawać na Akademię. Odpowiedziałam, że już się dostałam do Wrocławia. Czułam, że znalazłam już kogoś, komu mogę w pełni zaufać. A nie będzie to znowu na zasadzie, że muszę komuś coś udowadniać – tak jak przez te trzy lata w liceum.

Kiedy zaczęłaś grać poza uniwersytetem?
– Zaczęłam robić oprawy muzyczne na ślubach, wydarzeniach i wernisażach. Na początku to wyglądało tak, że były może dwa takie zlecenia w roku. Ale potem powolutku zaczęło się to rozwijać. Wciąż mam wrażenie, że to jest na bardzo początkowym etapie. Dopiero teraz zdarza się, że ludzie sami zgłaszają się do mnie na koncerty.

Czyli nadal to nie jest tak, że praca sama przychodzi?
– Absolutnie nie. Na razie wygląda to bardziej tak, że gram własne koncerty na akademii albo w filharmoniach z orkiestrą. To nie jest jeszcze ten moment, że nic nie muszę robić, siedzę sobie spokojnie, a ludzie sami przychodzą i proszą o występy. Bardzo bym chciała do tego dojść. Żeby nie mieć już poczucia, że proszę kogoś, żeby mnie posłuchał, bo często właśnie tak się czuję. Ale w międzyczasie odkryłam nową pasję: zaczęłam komponować. Jest wielu kompozytorów, którzy finalnie doszli do takiego momentu, że grają przede wszystkim własne utwory, a nie muzykę innych autorów. Oczywiście nadal bardzo cenię muzykę klasyczną i chcę ją grać.

A stresują Cię jeszcze koncerty?
– Zauważyłam, że to zależy od tego, kto siedzi na widowni. W większości przypadków tego stresu już nie czuję. Wychodzę na scenę i naprawdę cieszę się graniem. Ale jeśli występuję na uczelni, gdzie wiem, że to jest środowisko bardzo oceniające – to wtedy stres jest dużo większy.

Jakiś koncert szczególnie zapadł Ci w pamięć?
– Nie wiem, czy mam jeden konkretny. To jest trochę tak, że z każdym koncertem uczysz się nowych rzeczy – o sobie, o graniu, o emocjach. Każdy jest na swój sposób ciekawy. Bardzo podobało mi się, kiedy grałam na Fashion Weeku w Krakowie. Te pokazy mody były bardzo ciekawe, bardzo artystyczne. I połączenie tego z harfą było naprawdę wyjątkowe.

Jak wygląda typowy tydzień na akademii muzycznej?
– Studia muzyczne wyglądają trochę jak na innych uczelniach: są normalne zajęcia, tylko że zamiast wykładów z matematyki masz na przykład instrument. Profesor koryguje, poprawia, podpowiada lepsze rozwiązania. To trochę jak praca z coachem – ktoś sprawdza, czy wszystko jest okej i pomaga, kiedy masz wątpliwości. Ale oprócz tego jest też dużo zajęć grupowych i one się zmieniają co roku. Mamy też zajęcia orkiestrowe, po których występujemy w operze albo w filharmonii.

Przed Tobą jeszcze rok studiów. Co później?
– Planuję wyjechać. Myślę o Francji, o Lyonie. Na pewno chcę zrobić drugie studia magisterskie. Mam poczucie, że u najlepszych profesorów do jakich mogłam trafić w Polsce już byłam. A ja chcę iść typowo w stronę harfistki solowej, nie orkiestrowej. A to zawęża pole wyboru.

A co ci nie pasuje w graniu orkiestrowym?
– Ja się w orkiestrze kompletnie nie odnajduję. Uwielbiam słuchać koncertów orkiestrowych, chodzić na nie, ale granie w orkiestrze nie sprawia mi aż takiej przyjemności. Mam wrażenie, że nie mogę się w tym wyrazić. Wszystko jest bardzo ściśle określone: konkretne takty, w których wchodzę, w których mnie słychać, dokładnie zapisane, co mam zagrać. Może to brzmi trochę samolubnie, ale kiedy gram sama, czuję, że mogę coś przekazać publiczności bezpośrednio.

A czułaś kiedyś, że przez muzykę i harfę coś ci „uciekło” z życia?
– Szczerze mówiąc, zawsze czułam się wyjątkowa, że w ogóle znalazłam taki instrument. A czasem mam wrażenie, że to on znalazł mnie. Nigdy nie myślałam o tym, że coś tracę. Raczej że mogę dzięki temu coś ogromnego zyskać. To mnie zawsze motywowało. Wiadomo, studia muzyczne wyglądają trochę inaczej niż normalne studia. Większość czasu spędzasz sam. Siedzisz w sali ćwiczeniowej, nie masz tyle kontaktu z ludźmi, co na innych kierunkach. Spędzanie tyle godzin przy instrumencie, w takiej pracy umysłowej, jest nudne i męczące. Ale tak to wygląda. Każdy zawód ma swoje poświęcenia.

Co jest nagrodą za tę samotność i godziny ćwiczeń?
– Kiedy wychodzisz na scenę i możesz pokazać to, co zrobiłaś. Ale tak naprawdę największą nagrodą jest reakcja ludzi – widzisz, że to, co grasz, sprawia im przyjemność. Do dziś pamiętam sytuację sprzed paru lat. Pojechałam do Gdańska, zabrałam harfę i zrobiłam taki mały eksperyment społeczny: wyszłam na główną ulicę i zaczęłam grać koncerty. I widziałam, jak ludzie się zbierają. Podchodzili starsi ludzie. Widziałam, że oni płaczą. I wtedy poczułam, że ja właśnie po to to robię.

Rozmawiała Maja Zachara
Rozmowa ukazała się w Brzeskim Magazynie Informacyjnym
w lutym 2026 r.

Powrót na górę
Skip to content
Ta strona internetowa jest zobowiązana do zapewnienia dostępności cyfrowej dla osób niepełnosprawnych. Stale poprawiamy komfort użytkowania dla wszystkich i stosujemy odpowiednie standardy dostępności. Nieustannie poprawiamy komfort użytkowania dla wszystkich i stosujemy odpowiednie standardy dostępności.
Stan zgodności